Testament Tomasza Kality to nie tylko lecznicza marihuana

Czytaj dalej
Fot. Adam Guz
Ania Czupryn

Testament Tomasza Kality to nie tylko lecznicza marihuana

Ania Czupryn

Testament, jaki zostawił po sobie Tomasz Kalita, to nie tylko apel o legalizację leczniczej marihuany. Całym swoim życiem udowadniał, że był osobą, która łączy, a nie dzieli. Ostatni jego przekaz brzmi: nie żyjemy tylko dla siebie. Przede wszystkim żyjemy dla innych

Zwyczajny chłopak ze zwyczajnego domu, z Bielska-Białej, przywiązany do swojego miasta. Tak zwykł o sobie mawiać. W dzieciństwie marzył, żeby zostać celnikiem. Obraz celnika, który wchodzi do przedziału w pociągu i oznajmia: „Witamy państwa na granicy Rzeczpospolitej Polskiej” na zawsze wrył mu się w pamięć. - Te słowa miały dla niego znaczenie, rozpierała go wtedy duma - opowiada Brygida Grysiak, dziennikarka związana ze stacją TVN 24, która pod koniec życia Tomasza Kality pracowała z nim nad książką; to miał być wywiad-rzeka z nim o jego życiu.

Od czerwca 2016 roku, kiedy po raz pierwszy usłyszał, że ma nowotwór mózgu, do stycznia 2017, kiedy zmarł, minęło tylko pół roku. W ciągu tych sześciu miesięcy Tomasz Kalita dokonał więcej, niż niektórzy z nas przez całe życie. Przebudował zupełnie swój świat, swoje widzenie rzeczywistości, zobaczył na nowo sens istnienia i nowe wartości. Starał się smakować życie w każdym jego przejawie. A przede wszystkim starał się nam wszystkim przekazać to, co w życiu liczy się najbardziej.

Kiedy ostatniego dnia maja 2016 wracał z partyjnego spotkania na Śląsku, nie przeczuwał nawet, jaki rozwój wydarzeń zaplanował mu los. Samochód prowadził kolega. Tomasz Kalita nagle stracił przytomność. Atak padaczki. Obudził się w szpitalu. Tomograf głowy i diagnoza: glejak wielopostaciowy. Złośliwy nowotwór mózgu wielkości jaja zagnieździł się w prawej części przysadki mózgowej.

- Ta wieść była dla mnie, jak zderzenie z pociągiem. Uderzeniem po całości - opowiadał mi dwa miesiące później, po tym, jak wyszedł już ze szpitala po wycięciu guza.

Zastanawiał się oczywiście, czy przyczyną jego powstania mógł być nadmiernie intensywny tryb życia, jaki prowadził. My dziennikarze, znaliśmy go głównie z tej aktywnej działalności - rzecznika SLD, nieustannie zaangażowanego, wciąż odbierającego telefony, zawsze nam pomocnego. - Mam 37 lat, od osiemnastu lat, od matury, od studiów żyłem w nieustającym biegu, i nie był to bieg za życiem. To jest też charakterystyczne dla mojego, naszego pokolenia. Dziś wiem, że warto to przewartościować, zmienić, odwrócić - mówił potem w wywiadzie dla „Polski”. Wielokrotnie też sugerował, że może to życie wiecznie z telefonem przy uchu stało się przyczyną jego choroby.

Nie zastanawiał się jednak: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało”. Myślał: „Miałem szczęście, że ten guz jest operacyjny. Że już mi go wycięli. Już go nie mam”.

Operacja spowodowała u niego niedowład lewej ręki i lewej nogi. Początkowo chodził o kuli, rehabilitował się, zwłaszcza skupiał się na rehabilitacji ręki. By, jak opowiadał, móc pogłaskać ukochanego psa.

Mówił mi wtedy: - Wcale nie jest dla mnie łatwe opowiadać o swojej chorobie. Nie chcę być przykładem człowieka z glejakiem, ale osoby, która mówi o tym, co w życiu naprawdę się liczy.

Po pierwsze dla niego opowiadanie o chorobie miało taki sens, który miał spowodować, żeby ludzie zaczęli się badać. On też przecież sygnały o tym, że coś niedobrego dzieje się z jego organizmem miał już wcześniej. Czuł się straszliwie przemęczony, od miesięcy bolała go głowa. Zrzucał to wszystko na karb kampanii wyborczych, przy jakich pracował, zwłaszcza tej ostatniej, przegranej, w której, w końcu, sam postanowił wystartować jako kandydat na posła.

Po drugie - jego mówienie o chorobie było zarazem opowieścią o smakach życia. O tym, aby doceniać chwile, aby się nimi cieszyć. Tym, że możemy iść z psem na spacer. Napić się aromatycznej kawy. Popatrzeć na słońce. Odczuwać szczęście z tego, że mamy wokół siebie bliskie osoby. - Leżałem w Warszawie, w szpitalu na Banacha, który, jak pani wie, położony jest w dzielnicy Ochota. Wymyśliłem sobie hasło: „Ochota na życie”. Mój plan więc to jest plan, który nazywam: „w stronę życia”. Myślałem: „Kiedy już odpocznę po tych szpitalnych bojach, to największym spełnieniem, największą radością będzie wychodzenie rano, na spacery z psem, to będą wyjazdy”. Te najdrobniejsze rzeczy, których zwykle w pędzie codzienności nie doceniamy. Jak się leży w szpitalu, to się marzy o tych drobiazgach. O smaku kawy właśnie, czy smaku zwykłej herbaty. One nagle urastają do czegoś niebywałego, nabierają kolosalnego znaczenia - mówił mi kilka miesięcy temu.

To też choroba przyspieszyła wszystkie jego życiowe decyzje. Ze swoją partnerką Anią byli razem już siedem lat; ze śmiechem mówił: „To związek dziennikarki z rzecznikiem”. Ania oświadczyła mu się pierwsza, na sali szpitalnej, po tym, jak wybudził się po operacji. Był lipiec. Aby jednak tradycji stało się zadość, on kilka dni później również się oświadczył, nałożył ukochanej na palec pierścionek zaręczynowy, wręczył bukiet róż. Aby wszystko było, jak powinno być. Ślub zaplanowali w październiku. - Muszę się do końca wyrehabilitować, żeby stanąć na ślubnym kobiercu. To jest mój plan, na to jestem teraz sfokusowany - mówił.

Pobyt w szpitalu otworzył Tomaszowi Kalicie oczy na ogrom cierpienia innych ludzi, jakich tam spotkał. A kiedy usłyszał, że chorym na nowotwory i inne ciężkie schorzenia może pomóc olej konopny, zaangażował się w walkę o legalizację leczniczej marihuany w Polsce. - Nie rozumiem tego, że w Czechach można dostać w aptece olej z marihuany, a w Polsce trzeba go szukać wyłącznie na czarnym rynku, szukać u dilerów. Nie rozumiem dlaczego, oprócz standardowej terapii, nie mogę wybrać w leczeniu terapii niekonwencjonalnej. Dlaczego jest to chorym ograniczane? Przecież powinno być tak jak w przypadku morfiny, która uśmierza ból, prawda? Że jeżeli chcę, potrzebuję i proszę, to mogę z tego skorzystać. Nie tracę nadziei, że rządzący politycy w Sejmie zagłosują za projektem ustawy dotyczącym medycznej marihuany - mówił. W jego głosie słyszałam żal, gdy starał się tłumaczyć: - Przecież polityków to tak naprawdę dużo nie kosztuje. To tylko kwestia wprowadzenia ustawy, czy też rozporządzenia.

Po trzecie, choroba pozwoliła mu zobaczyć, na czym naprawdę polega sens zmiany w polityce.

- Ona musi służyć konkretnym celom, konkretnym sprawom, konkretnym rozwiązaniom. To mnie teraz interesuje - opowiadał. Pod koniec życia był bardzo rozczarowany tym, że w Polsce nie doszło do zmiany prawa w tej kwestii. - Gorzko wtedy mówił o polityce - opowiada mi jeden z jego przyjaciół. Brygida Grysiak dodaje: - Zaczął się wtedy zastanawiać, dlaczego wybrał tę, a nie inną partię. Co przeważyło w jego politycznych wyborach, czego żałował na politycznej drodze.

Po czwarte w końcu, choroba okazała się dla niego swoistym testem. To był test tak naprawdę dla każdej dziedziny jego życia, w tym związku, czy przyjaźni. O ile związek tę próbę przechodził w niezwykłym pięknie, o tyle o dawnych przyjaciołach nie można powiedzieć tego samego. Nie krył w wywiadach, że lista jego przyjaciół mocno się zweryfikowała. Odczuwał wielki smutek, kiedy okazało się, że koledzy, z którymi zajmował się budowaniem Centrum Ignacego Daszyńskiego (był jego dyrektorem), w istocie, mówiąc kolokwialnie, się na niego wypięli. Mówił o tym wprost w świątecznym, bożonarodzeniowym wywiadzie dla „Faktu”: - Mam grupę osób, których wykasowałem z telefonu i Facebooka, bo kompletnie mnie zawiodły. Założyłem kiedyś think tank, Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Kiedy przeszedłem operację, koledzy kazali mi się zrzec funkcji prezesa. Papiery mieli nawet przygotowane! To był jeden z największych ciosów. To było moje „dziecko”, a oni tak mnie potraktowali. Choroba sprawiła, że zweryfikowałem grono przyjaciół. Wiem, że niektórzy z nich codziennie jeżdżą metrem, niedaleko mnie i nie wejdą, nie porozmawiają, nie przyniosą książki czy płyty. To tak wiele? Jeden z byłych posłów z naszego klubu powiedział mi wprost, że czekałem na swoje pięć minut i mam ochotę wymienić jego nazwisko, opowiedzieć, jak kiedyś w Sejmie go uchroniłem, gdy był pijany jak bela i wstydziłby się przed całą Polską - opowiadał. Jego żona wspomniała i o takim koledze, który oświadczał, że już Tomkowi wieniec kupuje, że nie będzie się nad nim rozczulał.

Ale byli też tacy, którzy pozostali z nim do końca. Jak Leszek Miller, który jeździł z nim do miejsc medycyny alternatywnej, szukał sposobów na ratowanie go. Były premier, już po śmierci Tomasza Kality w TVN 24 wspominał: - Rozmawiając z Tomaszem Kalitą i jego żoną mówiliśmy o wszystkich przypadkach, które zdarzały się, a pokazywały, że można tę chorobę pokonać. To był ten zastrzyk optymizmu i przekonanie, że Tomasz Kalita będzie kolejnym przykładem, że można pokonać złośliwego glejaka. Dziś znajomi Tomka Kality mówią, że Miller był dla niego ogromnym wsparciem. Sam Tomasz traktował go jak ojca. Byli i inni, którzy trwali przy nim: Jerzy Wenderlich, Katarzyna Piekarska.

Ostatni czas był dla Tomasza Kality intensywny również dlatego, że razem z Brygidą Grysiak zaangażował się w prace nad książką. Bardzo mu zależało na tym, aby ona powstała. Zaczęło się od tego, że Brygida Grysiak, kiedy usłyszała o jego chorobie, po prostu pojechała do niego, do szpitala. Ale o ich osobistych rozmowach i spotkaniach nie chce dziś mówić.

- Poznałam Tomka w 2005 roku, w Sejmie. Zrobił na mnie i przecież nie tylko na mnie, ogromne wrażenie swoją serdecznością, pomocą. Otwarty, szlachetny, nawet w ożywionych debatach politycznych zawsze miał szacunek dla tego, z kim rozmawiał. Oprowadzał dziennikarskie „świeżynki” po gmachu Sejmu, wskazywał, gdzie co jest. Nigdy nie odmawiał nikomu pomocy. Jego żona Ania śmiała się, że on po prostu nie potrafi odmawiać. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek podjudzał, snuł kuluarowo-korytarzowe intrygi. To był człowiek, który łączył, a nie dzielił. Zależało mu na sprawie, na Polsce mu zależało. Bardzo kochał Polskę - opowiada Brygida Grysiak. Kiedy pytała go, co dziś powiedziałby politykom, dziennikarzom, odpowiadał: - Zastanówcie się, o co wy się kłócicie. Postarajcie się ściągać kolejne piętra sporów i spraw, które was różnią. Nie ma innego wyjścia, ktoś pierwszy musi wyciągnąć rękę - to było dla Tomasza Kality oczywiste. Był świadomy, że tak powinna wyglądać droga w życiu publicznym, politycznym, w dziennikarstwie. On nawet w politycznym oponencie widział dobro, ów mianownik, na którym można zbudować coś wartościowego. Bolało go to jak wygląda dziś polityka, że to droga donikąd.

- Każdy z nas ma swoje poglądy, ale on z każdym potrafił rozmawiać z szacunkiem. Nie obrażał, nikim nie gardził, każdego szanował. Przykre, że nie został posłem, choć przez lata był twarzą SLD - wspomina Brygida Grysiak. Przyznaje też, że w tym ostatnim czasie dużo się od Tomasza Kality nauczyła.

- Nauczył mnie pokory do życia. Tego, że trzeba sobie częściej mówić, że się kochamy, że dziękujemy sobie nawzajem za najmniejsze rzeczy. Zawsze bardzo o to dbałam, a i tak uważam teraz, że mogłabym więcej. Często wydaje nam się, że wszystko w naszym życiu jest na swoim miejscu, ale ta perspektywa przebywania z Tomkiem i Anią pokazała mi, że w istocie, to nam się tylko tak wydaje. Jemu już przestało się wydawać. On wiedział. Ciągle widział, że jest dużo więcej rzeczy, które możemy powiedzieć innym, szybciej wybaczyć, częściej patrzeć w oczy. Wiedział, że tracimy czas na rzeczy mało ważne, bo na końcu i tak będziemy sądzeni z tego, jak bardzo kochaliśmy. W tym sensie z dużą wdzięcznością obserwowałam Tomka w ostatnim czasie, bo kiedy wracałam do domu, to miałam poczucie, że mam czas darowany. On też uważał, że czas, jaki mu pozostał, jest mu darowany - mówi Brygida Grysiak.

Tomasz Kalita na tej ostatniej prostej często przekazywał tę myśl, że nie żyjemy dla siebie, ale dla innych. - To jest treścią jego testamentu. On wciąż chciał dawać siebie innym, czuł misję. Choć był już bardzo słaby, brał chemię, to wciąż bardzo mu się chciało. Dla mnie poruszające było to, że się modlił za ludzi, że w tej swojej chorobie, pamiętał o ludziach w potrzebie. Był herosem w cierpieniu. W Bogu, w wierze odnalazł ukojenie w ostatnim czasie. Miał pewność, że Pan Bóg się nim opiekuje. Wiedział o tym. No i piękne jest to, że się z nim pojednał.

O swoim pojednaniu z Bogiem mówił już wcześniej. W naszej sierpniowej rozmowie przyznawał, że sam ciekaw jest, jak go Bóg pokieruje, bo to jest jego wola. Potem, w rozmowie z Robertem Mazurkiem opowiadał: „Stałem się człowiekiem religijnym, zmieniłem swoje myślenie, zupełnie inaczej podchodzę do życia, do świata. Wszystko przez pewne doświadczenie. Zjeżdżałem na pierwszą operację w swoim życiu. To było absolutnie przerażające, pierwszy raz w życiu byłem w szpitalu, a strasznie się ich bałem. No i operacja, potworny lęk. Jedyne, co mogłem zrobić, to się modlić bardzo gorliwie: «Ojcze nasz…». I nagle poczułem rękę. To był dotyk ciepłej dłoni na piersi i głos: „Nie martw się”. To było coś niesamowitego, to mnie napełniło jakąś siłą i tak wjechałem na operację”.

8 stycznia na profilu na Facebooku Anny Kality, żony Tomasza, pojawił się jej niezwykle poruszający wpis: „Od kilku dni mieszkamy z Tomeczkiem w Centrum Onkologii. Razem. Dzień i noc patrzę, jak najukochańsza osoba w życiu cierpi potworny ból, lęk, wreszcie - jak ma omamy. Widoku tych przerażonych oczu nigdy nie zapomnę. Na szczęście od kilku też dni Tomek dostaje morfinę. Co prawda po niej tylko i śpi i nie mamy żadnego kontaktu, ale najważniejsze, że - dzięki tym wszystkim, którzy lata temu dopuścili ją do użytku leczniczego i nie opowiadali dyrdymałów, że zrobi z chorych narkomanów - przynosi natychmiastową ulgę w cierpieniu. Kiedy morfina przestaje działać i momentalnie wszystkie objawy wracają - biegnę i błagam o kolejny zastrzyk, który na szczęście znów przynosi ulgę. Być może po marihuanie Tomuś nie odpływałby tak silnie i moglibyśmy jeszcze porozmawiać. Matki z dziećmi z padaczką mogłyby się cieszyć, bo liczba ataków by malała, a chorzy na aids czy raka mogli tłumić ból i mieć lepszy apetyt. Ale kogo to obchodzi. Tomuś już nie wstanie z łóżka i nie będzie o to walczył. Jest zbyt słaby. A szanowni politycy mogą mieć nadzieję, że nieprędko im się taki kolejny fighter trafi. Zresztą, Jego przecież też olali. Po co się zajmować ćpunami? Są ważniejsze sprawy”.

O śmierci Tomasza Kality dowiedzieliśmy się w poniedziałek 16 stycznia, późnym wieczorem. Kondolencje złożyli premier Beata Szydło i prezydent Andrzej Duda. „Odszedł Tomasz Kalita. Dzielny i dobry Człowiek. Żal ściska serce - napisał na Twitterze prezydent. W mediach pojawiło się wiele wspomnień o byłym rzeczniku SLD. Ale też przede wszystkim wiele gorących apeli o to, aby testament Tomasza Kality został spełniony.

Ania Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ekstramagazyn.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.