Rodzinne święta u Anny Wyszkoni

Czytaj dalej
Fot. Michal Gaciarz / Polska Press
Robert Migdał

Rodzinne święta u Anny Wyszkoni

Robert Migdał

Tradycyjna modlitwa, wspomnienie tych, których już przy stole nie ma i obecność najbliższych - wrocławianka, piosenkarka Anna Wyszkoni opowiada nam o swoich świętach.

Święta Bożego Narodzenia w rodzinnym domu Anny Wyszkoni, domu z dzieciństwa...
Wspaniale wspominam ten czas. Moja mama praktycznie przez cały dzień krzątała się po kuchni, a brat, tato i ja ubieraliśmy choinkę - to był nasz świąteczny obowiązek, ale i wielka przyjemność.
Mama nie wpuszczała Was do kuchni?
Niekiedy wpuszczała, chociaż wtedy bardziej przeszkadzaliśmy, niż pomagaliśmy.
Co mama robiła pysznego?
Pyszne, tradycyjne dania. U rodziców na przykład był karp, a w moim domu tradycja podawania tej ryby została „zawieszona”, bo mój syn i narzeczony za nią nie przepadali. A ja - choć lubię - to stwierdziłam, że dla samej siebie nie będę się męczyć z jej przygotowywaniem. I cztery lata karpia u nas nie było, ale już w zeszłym roku wrócił na wigilijny stół, do łask, bo mój syn Tobiasz otworzył się na kuchenne przysmaki. Wtedy stwierdziłam, że to już czas, żeby powrócić do tradycji. I karp znowu jest.
Co jeszcze było dobrego na stole w domu państwa Wyszkoni?
Zawsze była zupa grochowa - ale ugotowana bez mięsa. Bardzo smaczna - czekałam na nią z utęsknieniem, bo lubiłam bardziej tę postną wersję grochówki niż tę tłustą, tradycyjną, na boczku… Zawsze, obowiązkowo, była kapusta z grzybami, krokiety - przepyszne. Co roku proszę moją mamę, żeby chociaż parę zrobiła. I potrawa, z którą nie spotkałam się nigdzie w Polsce - świąteczna moczka. To taki deser zrobiony na bazie piernika, z bakaliami, z odrobinką rumu. Bardzo smaczny, chociaż jako dziecko nie przepadałam za nim. Doceniłam go dopiero później. Moja mama co roku tę moczkę przyrządza - i albo mi ją przywozi, albo, gdy odwiedzam rodziców, to dostaję „na wynos”, na święta. Mama robiła jej zawsze duży gar - do dzisiaj nie wiem, jak udawało się nam to wszystko zjeść (uśmiech). Szybko jednak jedliśmy kolację, bo dopiero po wieczerzy wigilijnej mogliśmy rozpakowywać prezenty.
Wigilia dopiero po pierwszej gwiazdce?
Tak, choć zanim zasiedliśmy do stołu w naszym domu, to wychodziliśmy na podwórko, spotykaliśmy się z sąsiadami i słuchaliśmy kolęd granych na trąbce z wieży kościelnej. To było takie świąteczne spotkanie z ludźmi, których lubimy, którzy nam w wielu sprawach pomagają, z którymi jesteśmy blisko, przez ścianę, a którzy nie zasiadają z nami przy wigilijnym stole. A dodatkowo to było piękne, bo kiedy byłam dzieckiem, to święta przeważnie były białe - śnieg leżał wszędzie, trzaskał mróz, teraz już, niestety, tak nie jest. Z sąsiadami składaliśmy sobie życzenia, dzieliliśmy się opłatkiem… To było tak pełne ciepła i życzliwości. Potem szliśmy do domu, czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę - wypatrywaliśmy jej z niecierpliwością razem z moim bratem - a gdy już się pokazała, to siadaliśmy do kolacji wigilijnej. Zaczynaliśmy od modlitwy, potem wspominaliśmy naszych bliskich, którzy odeszli, których nie ma wśród nas - to był dla mnie najważniejszy i najbardziej wzruszający moment świąt. Dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia.
Kolędy śpiewaliście?
Obowiązkowo, choć różnie nam z tym szło, bo śpiewaliśmy zawsze a cappella. Mam bardzo muzykalną rodzinę, ale instrumentalnie mniej uzdolnioną. Do dzisiaj miło wspominam to nasze rodzinne śpiewanie.
Rodzice nie wystawiali Pani na środek pokoju i mówili: „Ania, ty najładniej śpiewasz, to śpiewaj”.
Nie dawałam się (uśmiech). Poza tym wszyscy bardzo lubiliśmy śpiewać. Choć mój brat śpiewał najciszej. Śpiewaliśmy zazwyczaj trzy, cztery kolędy - po pierwsze dwie zwrotki. Zawsze mieliśmy z tego dużo radości, a poza tym kolędy towarzyszyły nam przez całe Boże Narodzenie - mieliśmy płyty z kolędami, więc nawet jak ich nie śpiewaliśmy, to leciały z głośników. Sączyły się w tle podczas kolacji.
A pasterka?
Szliśmy całą rodziną na mszę o północy. W kościele bardzo mocno było czuć atmosferę świąt - zwłaszcza gdy było ciemno, a na ulicach leżał śnieg. Kościół był pełen ludzi - czuliśmy wielką wspólnotę. A że pochodzę z małej wioski, wszyscy się znali, to bardziej przeżywaliśmy to wspólne świętowanie.
A w domu sianko było pod obrusem?
Było w domu moich rodziców i pilnuję, żeby było też u mnie. I też kładę sobie pod talerz grosik - na szczęście, żeby się powodziło w przyszłym roku. I zawsze stawiamy też na stole dodatkowy talerz - dla niespodziewanego gościa, ale też dla tych naszych ukochanych, których nie ma już fizycznie na tym świecie, wśród nas, a którzy cały czas są przy nas duchem. Mamy też taką naszą tradycję, że od czasu śmierci taty mojego narzeczonego zawsze stawiamy jego zdjęcie na stole - czujemy wtedy bardziej jego obecność, a w pierwszym dniu świąt idziemy na cmentarz, na grób ojca Maćka. Mamy ze sobą opłatek…
No właśnie - a poza odwiedzeniem grobów bliskich w pierwszy i drugi dzień świąt, to jak wygląda Pani Boże Narodzenie?
To jest dla mnie czas wyciszenia, bo mam bardzo intensywną pracę i często wyjeżdżam. Dlatego zwykle chcę spędzić te święta w domu, niechętnie wyjeżdżamy w tym czasie. I tak nie da się wszystkich odwiedzić, dlatego w Boże Narodzenie chcę się nacieszyć najbliższymi. To jest nasz czas. Często moi rodzice przyjeżdżają do nas w drugi dzień świąt, bo akurat 27 grudnia mój syn ma urodziny - więc po świętach od razu zostają na urodziny Tobiasza. Mam nadzieję, że nie jest poszkodowany i dostaje osobne prezenty: na święta i na urodziny. Zawsze dostaje podwójne - pilnujemy tego.
Teraz to Pani jest dorosła, Pani jest mamą… Inaczej Pani odbiera święta?
I teraz święta to nie tylko przyjemność, ale i obowiązki. Wystarczyło, że mnie pan zapytał o święta, a już zaczęłam się stresować, że nie zdążę ze wszystkim: sprzątanie, gotowanie. Panika przedświąteczna mnie już bierze - staram się jednak nad tym panować i cieszyć tym czasem. Z dziećmi pieczemy już ciasteczka świąteczne - same przygotowania do pieczenia sprawiają mnóstwo radości. Ciasteczka wychodzą nam bardzo różnie - mistrzami cukiernictwa nie jesteśmy (uśmiech). Liczy się frajda, choć wszystko później dookoła jest w mące i trzeba długo sprzątać. Ale to nie ma znaczenia. Liczy się radość. W święta część rzeczy przygotowuję, a część kupuję w sprawdzonych miejscach. Dodatkowo na święta jest z nami mama mojego narzeczonego, która przynosi ze sobą pyszności do jedzenia - dzięki temu stół jest zawsze suto zastawiony.
Na wigilię robi Pani coś po swojemu, coś, czego nie było w domu rodzinnym?
Barszcz czerwony - moja mama go nie robiła. No i są owoce morza… Bo bardzo lubimy. I raz mieliśmy pierogi na słodko, z twarożkiem i cukrem, okraszone śmietaną - mój syn bardzo je chciał, więc mu zrobiłam, bo stwierdziłam, że w wigilię trzeba sobie sprawiać przyjemności, nawet te małe, kulinarne.
A wyobraża sobie Pani święta poza domem? Na przykład w ciepłych krajach.
Wolę spędzać święta w domu, bo będąc ciągle w rozjazdach, czuję niedosyt bycia we własnych czterech ścianach. Wystarczy, że na wakacje wyjeżdżamy do ciepłych krajów, a wolę, gdy Boże Narodzenie jest mroźne, ze śniegiem, ogniem w kominku. Choć gdy teraz patrzę na pogodę i nic nie zapowiada śniegu, to myślę, żeby kupić sztuczny w sprayu i z dziećmi przyprószyć lekko szyby w oknach, żeby poczuć nastrój zimy (uśmiech).
Boże Narodzenie to czas rodzinny, ale też czas,w którym powinniśmy przemyśleć różne sprawy, zachowania, pogodzić się z kimś, z kim się pokłóciliśmy…
Jak najbardziej. Fajnie by było, gdybyśmy myśleli o tym codziennie, a nie tylko od święta. Ale rzeczywiście ten czas świąteczny często nam o tym przypomina: budzą się wtedy takie emocje, o których zapominamy w codziennym biegu. Czujemy potrzebę bycia blisko ludzi, budzi się w nas potrzeba przebaczania innym i też przebaczania samemu sobie - bo przecież jesteśmy tylko ludźmi: każdy z nas popełnia błędy i każdy z nas zasługuje na drugą szansę. I ja nawet nie tyle sobie przypominam o tym w święta, co staram się wejść w nowy rok z czystym kontem. Moja mama mi zawsze przypominała, że do końca roku trzeba zawsze spłacić wszystkie długi. I nie chodziło jej tylko o te długi materialne, a raczej o takie wobec drugiego człowieka.
Robi Pani też rachunek sumienia - to mi wyszło, a to nie wyszło?
Tak, i bardziej to lubię niż postanowienia noworoczne. Każdy moment jest dobry na zmiany i wolę nie obiecywać sobie czegoś na zapas: to mi się uda, a to bym chciała… Wolę planować coś w krótkich terminach i na bieżąco realizować swoje plany.
W tym roku, na święta, z głośników w Pani domu będzie pewnie leciała Pani najnowsza płyta „Kolędy wielkie”…
W moim domu i domu moich rodziców z pewnością (uśmiech). Mam nadzieję, że w domach moich fanów też. Bardzo się starałam na tej płycie zachować tradycyjne brzmienia kolęd: nie zmieniałam ich, nie udziwniałam. Bo sama zawsze najbardziej lubiłam te, które były zaśpiewane w tradycyjny sposób.
Skąd pomysł na płytę z kolędami?
Na tej płycie zawarłam wszystkie te wartości, które są dla mnie ważne - ciepło, rodzina, święta, które co roku obchodzę bardzo tradycyjnie. Pomysł na taką płytę pojawił się dwa lata temu - wtedy zaczęłam o niej myśleć, a kropkę nad „i” postawiła moja mała córeczka - Pola, która tak bardzo lubi kolędy, że nuci je przez cały rok. I kiedy zaśpiewała „Przybieżeli do Betlejem” w środku lata, na plaży, to stwierdziłam, że już jest czas na nagranie takiej płyty.
Kolędy to są hity ponadczasowe, który prawie każdy artysta musi w końcu mieć w swojej dyskografii…
Przychodzi taki moment, kiedy chcemy podkreślić swoje przywiązanie do tradycji. Kiedyś mój artystyczny przyjaciel, Michał Bajor, powiedział, że każdy artysta powinien mieć w swoim dorobku płytę dla dzieci i płytę z kolędami. Jednak do takiej płyty trzeba dojrzeć - u mnie tak się właśnie teraz stało. Myślę, że wiele w moim myśleniu o nagraniu płyty z kolędami zmieniły dzieci - kiedy się pojawiają, to my stajemy się osobami odpowiedzialnymi za święta, zakładamy dom, rodzinę i potrzeba uczczenia tej podniosłej atmosfery Bożego Narodzenia staje się coraz większa. Tak przynajmniej było ze mną.
Taką płytę z kolędami tworzy się chyba najbardziej dla siebie, dla rodziny, najbliższych...
Tak jest - nawet na okładce płyty napisałam podziękowania dla mojego ukochanego - Maćka, dla dzieci - Poli i Tobiasza, i dla moich rodziców. Rodzice wywarli na mnie olbrzymi wpływ. Ukształtowali mnie. To oni zakorzenili we mnie miłość do tradycji, przywiązanie do świąt. Tak, ta płyta jest dla najbliższych, ale też dla wiernych fanów - miałam od nich bardzo dużo sygnałów, że chcieliby dostać płytę na święta, żeby móc Boże Narodzenie świętować ze mną. To jest bardzo miłe i to jest dla nich prezent ode mnie.
Nagrała Pani tradycyjne kolędy, które wszyscy znamy…
...stąd też tytuł „Kolędy wielkie”…
… ale są też utwory specjalnie na te płytę napisane. Nowe.
Są dwa takie, i to one okazały się dla mnie największym wyzwaniem przy ich nagrywaniu. Płyta powstawała w lipcu i w sierpniu, i tak jak z nagraniem kolęd tradycyjnych poszło mi bardzo sprawnie - bo wszyscy je znamy, jesteśmy przywiązani do nich, śpiewając je, czujemy magię świat, to z dwoma premierowymi utworami było troszkę trudniej. Trudno w środku lata wczuć się w zimowy klimat. Nie chciałam, żeby to były banalne piosenki o świętach, zaśpiewane w banalny sposób. Chciałam w nich podkreślić wartości, które są dla mnie ważne w święta, żeby uniknąć tych symboli, które na hasło „Boże Narodzenie” nasuwają nam się automatycznie: choinka, mikołaj, śnieg, karp. I dlatego postanowiłam skupić się na miłości, na bliskości z drugim człowiekiem, na tradycjach rodzinnych. I tak właśnie powstały piosenki „Od nieba do nieba”, która jest moim hymnem świątecznym, i utwór „Mój anioł”, który jest dedykowany mojemu aniołowi stróżowi.

Robert Migdał

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ekstramagazyn.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.