Pan Wojtek: Kocham te dzieci nad życie. Całą szóstkę

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Gałasiński
Anna Gronczewska, Wiesław Pierzchała

Pan Wojtek: Kocham te dzieci nad życie. Całą szóstkę

Anna Gronczewska, Wiesław Pierzchała

O Wojciechu Kabzie mówiła cała Polska, gdy okazało się, że sąd chciał zabrać mu szóstkę dzieci. Po interwencjach prezydenta i ministra sprawiedliwości decyzję wstrzymano.

Tego, co przeżył w ostatnich tygodniach, nie życzyłby najgorszemu wrogowi. Jego życie wywróciło się do góry nogami.

- Nie wiem, co bym zrobił, gdyby odebrali mi dzieci - mówi Wojciech Kabza. - Tak je kocham, że nie wyobrażam sobie życia bez nich. Chyba rozłożyłbym materac przed ośrodkiem, do którego by je zabrali i tam spał.

Na razie jednak pan Wojtek może odetchnąć z ulgą. Sąd wstrzymał decyzję o odebraniu mu dzieci.

Ojciec właśnie wrócił z pracy, z nocnej zmiany. Nie zdążył się jeszcze przebrać, bo musiał zaprowadzić do przedszkola Antka. Natalia, Janek i Błażej poszli do szkoły. W domu z babcią zostały bliźniaki: Wiktor i Wiktoria...

- Są kochane, ale trzeba mieć oczy naokoło głowy, bo ciągle są w ruchu - mówi ich babcia.

Od razu prostuje, że nie jest mamą Wojtka, tylko jego partnerki. Choć córka go opuściła, ona z nim została. Pomaga przy wnukach. Widzi, jak Wojtek się stara. Nie wie, dlaczego córka zdecydowała się na taki krok.

Może to moja wina, bo zawsze starałam się za nią. Dzieci miały iść do szkoły we wrześniu, a już w czerwcu miały wszystko przygotowane...

- mówi.

Wojciech Kabza przyznaje, że jego „teściowa” bardzo mu pomaga. Nie wie, co by bez niej zrobił... Matkę swoich dzieci poznał 11 lat temu. Pracował u niego jej ojciec. Zobaczył ją raz, dwa. Coś zaiskrzyło. Nie przeszkadzało, że była od niego 19 lat młodsza. Także to, że ma syna Błażeja. Wojtek ma 51 lat, ona - 32. Początkowo nic nie wskazywało, że ich wspólne życie tak się potoczy. Na świat przyszedł Janek, który ma dziś 10 lat, po dwóch latach urodziła się Natalia. Potem 4-letni dziś Antek oraz Wiktor i Wiktora, które mają teraz 2-latka. Na początku żyli dobrze, ale z czasem zaczęło się coś psuć. Dobrze nie było już, gdy mieszkali przy ul. Targowej w Łodzi. W styczniu przeprowadzili się na ul. Jesionową. Dostali tu mieszkanie socjalne na poddaszu, w sumie 40 metrów powierzchni użytkowej.

- Bywało, że znikała na kilka dni, potem dzwoniła i prosiła, by po nią przyjechać - wspomina pan Wojtek. - Ale to, że odejdzie, planowała od dawna. Widać się jej znudziłem...

Przed odejściem partnerka pana Wojtka mówiła wiele o tych pieniądzach, która mieli dostać na dzieci z programu 500 plus. W końcu je wzięła, podobnie jak rodzinne i odeszła. Wprowadziła się do sąsiada, który mieszka w tym samym domu, tylko na parterze.

W sumie zabrała około 3 tysięcy złotych. To pieniądze z 500 plus i rodzinne. Wypłatę 500 plus zablokowano. Teraz to jest odkręcane i mam dostać pieniądze na początku października

- mówi łodzianin.

Wojciech Kabza przyznaje, że wcześniej był żonaty, a z poprzedniego małżeństwa ma 30-letnią córkę i 27-letniego syna.

- Ale z byłą żoną rozstaliśmy się jak cywilizowani ludzi, po prostu nie układało się nam i wzięliśmy rozwód - tłumaczy. - Nie było żadnych historii. Żonie i dzieciom zostawiłem własnościowe mieszkanie w blokach.

Nadszedł czerwiec tego roku. Wojtek usiadł z sąsiadem na podwórku, wypili po setce. Jego konkubina to zauważyła i nagle wezwała policję. Policja zabrała mężczyznę na komisariat, ale zaraz zwolniła. Po tym incydencie rodzinie założono „niebieską kartę”, bo taka jest procedura. Zakłada się ją nawet po jednorazowym incydencie. Zaznaczono, że była to przemoc psychiczna między dorosłymi, czyli awantura. Zarzut nie dotyczył dzieci.

Moja była opowiada o mnie niestworzone rzeczy. Mówi, że jestem alkoholikiem, biję ją, dzieci. A wszystko jest nieprawdą, nie ma na to żadnych dowodów

- żali się pan Wojtek.

Monika Pawlak, rzecznik prasowy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łodzi, przyznaje, że rodzina Wojciecha Kabzy jest pod ich opieką od grudnia 2015 roku, a od czerwca tego roku ma asystenta rodzinnego.

- Jest to rodzina wielodzietna - mówi Monika Pawlak. - Gdy jest jedno dziecko, to ma się jeden problem, tu jest on mnożony przez sześć. Początkowo rodzina ta dostawała pomoc finansową. W czerwcu dzieci opuściła mama. Odbiło się to na nich, było ciężkim przeżyciem. Pan został sam z dziećmi, nie było mu łatwo. Dzięki pomocy asystenta rodzinnego te niedociągnięcia wychowaczo-opiekuńcze zostały wyeliminowane. Dziś sytuacja w tej rodzinie jest diametralnie inna niż w chwili, gdy pojawił się asystent rodzinny.

Monika Pawlak twierdzi, że o ojcu tej rodziny świadczy choćby to, że podjął pracę. Ma już nie tylko swoją firmę przewozową. Znalazł zatrudnienie w firmie ochroniarskiej.

Nie chce żyć tylko z zasiłków, a chce stanąć na nogi

- dodaje rzeczniczka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łodzi.

Do MOPS docierają dobre opinie z przedszkola i szkoły, do których chodzą dzieci Wojciecha Kabzy. Są czyste, zadbane, przynoszą kanapki, nie opuszczają zajęć szkolnych. Z obserwacji zachowań dzieci nie wynika, by coś złego działo się w ich domu.

Wojciech Kabza mówi, że kiedy od niego i dzieci odeszła partnerka, wystąpił do sądu o ograniczenie jej władzy rodzicielskiej i przyznanie alimentów.

- Myślę, że to ją tak rozsierdziło - przypuszcza Wojciech Kabza. - Pobiegła do sądu i nagadała na mnie głupot.

Opinia kuratora

Kuratorka wpadła około godziny 20. Dzieci biegały po podwórku. Wojciech przyznaje, że były brudne, nie zdążył ich umyć. Zresztą brudzą się co chwila, jak dzieci... W mieszkaniu też nie było porządku. Zaczęła krzyczeć, że wyda odpowiednią opinię. Nie rozmawiała z sąsiadami...

- Mamy dalej kuratora, ale już innego - dodaje pan Wojtek. - To zupełnie inna osoba.

Postanowienie o odebraniu dzieci Wojciechowi Kabzie i skierowaniu ich do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego wydała Krystyna Gajdzińska-Modro z Sądu Rejonowego Łódź-Śródmieście. Postanowienie tłumaczono tym, że z wywiadów środowiskowych wynikało, że w rodzinie pana Wojciecha nie działo się najlepiej. Dorośli nadużywali alkoholu i dochodziło między nimi do awantur, przez co cierpiały dzieci. Ich babcia wprawdzie pomagała w opiece i wychowywaniu, jednak stopniowo przestawała dawać sobie radę.

9 czerwca na ul. Jesionowej pojawili się policjanci. Zastano nietrzeźwego ojca dzieci. Matka oświadczyła, że pijany konkubent wszczął awanturę.

Notatka urzędowa z przebiegu interwencji wskazywała, że policjanci zostali wezwani przez pracownika MOPS w związku z niewłaściwą opieką nad sześciorgiem dzieci, których rodzice nadużywają alkoholu i dochodzi między nimi do awantur

- wyjaśnia sędzia Paweł Urbaniak, rzecznik Sądu Okręgowego w Łodzi.

Wkrótce przeprowadzono kolejny wywiad środowiskowy.

- W domu panował bałagan - opowiada sędzia Urbaniak. - Było brudno. Małoletni byli brudni i zaniedbani. Ojciec dzieci robił jedynie zakupy podstawowych produktów spożywczych, a ponadto od 1 września podjął pracę w systemie zmianowym, co powodowało kilkunastogodzinne nieobecności w domu. Babka małoletnich z płaczem stwierdziła, że nie radzi już sobie z opieką nad dziećmi. Dodała, że ich matka opuściła mieszkanie, ponieważ chciała uniknąć awantur z konkubentem. Zaznaczyła, że oboje rodzice przerzucali na nią dużo obowiązków związanych z bieżąca opieką nad dziećmi. W tej sytuacji sąd podjął decyzję o skierowaniu sześciorga nieletnich do domu dziecka.

Wzmocnienie dla rodzica

Wojciech Kabza chodzi na terapię, na ul. Inowrocławską. Monika Pawlak tłumaczy, że są to zajęcia wzmacniające kompetencje rodzicielskie.

- To grupa wsparcia dla rodziców - dodaje. - Spotykają się, dzielą swoimi problemami. Pracuje z nimi psycholog, w zależności od potrzeb pedagog. Wojciech Kabza przyznaje, że czasem wypił, ale przecież alkohol jest dla ludzi. Nie miał nigdy problemów z alkoholem, nie awanturował się pod jego wpływem.

- Od 35 lat jestem kierowcą zawodowym - opowiada. - Tak jak mój tata, jego bracia. Pracowaliśmy dla znanych w Łodzi sklepów meblowych. Gdybym pił, to nie mógłbym pracować w zawodzie. Poszedłem na tę terapię, by udowodnić, że nie jestem żadnym alkoholikiem!

Pan Wojtek twierdzi, że przez swoją partnerkę dwa razy wylądował na pogotowiu, a raz leżał w szpitalu.

Mam na to dowody. Zrzuciła mnie ze schodów. Dwa razy miałem nogę w gipsie, a raz rozbitą głowę...

- mówi.

Także w czerwcu napadli na niego dwaj koledzy jego partnerki. Ruszyli na Wojtka z kastetami. W jego obronie stanęli sąsiedzi. Ktoś zawołał policję. Napastnicy uciekli. Jego partnerka stała z nimi po drugiej stronie ulicy.

Zadzwonili od prezydenta

O sprawie Wojciecha Kabzy dowiedziała się cała Polska. Wieczorem 21 września, a więc dzień przed planowanym odebraniem dzieci, do Wojtka zadzwonił pracownik Kancelarii Prezydenta RP, a także przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Nazajutrz - na polecenie ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry - przyjechał do Łodzi z „misją specjalną” Mikołaj Pawlak, dyrektor departamentu spraw rodzinnych i nieletnich resortu sprawiedliwości.

- Spotkał się z ojcem dzieci i spowodował udzielenie rodzinie pomocy prawnej przez profesjonalnego pełnomocnika - mówi Milena Domachowska z biura prasowego resortu sprawiedliwości. - Chodzi o adwokata, który złożył wniosek o zmianę decyzji sądu. W jego zażaleniu podniesiono, że sąd zarządził tymczasowe umieszczenie dzieci w pieczy zastępczej bez zasięgnięcia informacji z MOPS, bez przesłuchania ojca dzieci, bez wskazania, czym dobro dzieci jest zagrożone, a nawet bez wskazania konkretnej podstawy prawnej, co de facto oznaczało, że podstawą zarządzenia o odebraniu dzieci było ubóstwo zastane przez kuratora w końcu sierpnia 2016 roku.

Na skutek nowej opinii MOPS, interwencji z Warszawy i zażalenia pełnomocnika pana Wojciecha sąd wycofał się z odebrania dzieci, zaś jego rodzinę poddał nadzorowi kuratora sądowego, który co dwa tygodnie ma wizytować mieszkanie 51-latka i składać sądowi sprawozdania. W postanowieniu sądu dotyczącym odebrania dzieci padło stwierdzenie o złych warunkach mieszkaniowych. Dlatego teraz Wojciech Kabza stara się o mieszkanie. Jest duża szansa, że decyzję otrzyma przed 11 października. Trwają poszukiwania odpowiedniego mieszkania w zasobach komunalnych.

Wcześniej już zacząłem starania o mieszkanie. Nawet znalazłem, tyle że w prywatnej kamienicy. Trzeba było wpłacić 6 tysięcy zł kaucji. Odradzono mi. Właśnie jadę w sprawie mieszkania... Mam nadzieję, że coś uda się załatwić przed 11 października

- przyznaje pan Wojtek.

Pan Wojtek zawsze starał się, by rodzina miała jak najlepiej. Kupił auto. Założył firmę przewozową. Wcześniej już pracował w firmie kurierskiej, teraz znów chciał spróbować. Ale jego samochód miał nieodpowiedni kolor.

- Nawet dobrze się stało, że nie zacząłem tam pracy - mówi. - Zaczyna się o godzinie 4 rano, więc ciężko by było to pogodzić z opieką nad dziećmi. Od miesiąca pracuję w firmie ochroniarskiej.

Kiedyś też pracował w firmach budowlanych, a tam najlepiej zarabia się, gdy jedzie w delegacje.

Gdy było mniej dzieci, to tak jeździłem. Nieraz dostawałem telefony, by wracać, bo w domu nie dzieje się dobrze. I musiałem zrezygnować z tamtej pracy

- wspomina.

Dzieci nie mówią o mamie, ale tęsknią. Ta, choć mieszka w tym samym domu, nie widuje się z nimi. Sąsiedzi opowiadają, że kiedyś na podwórku zobaczył ją Antoś. Zaczął do niej biec, a ona się odwróciła i odeszła. Raz zabrała je na wycieczkę do Arturówka.

- Dałem dzieciakom po 15 zł, to ona pieniądze wzięła na przechowanie, by ich nie zgubiły - mówi pan Wojtek. - I już tych pieniędzy nie dostały.

Łodzianin mówi, że kontakt z matką ma Błażej, rozmawiają przez Facebooka. Obiecała mu, że zabierze go ze sobą.

- Buntuje chłopaka - twierdzi Wojciech Kabza. - Po takich rozmowach zaczął do mnie mówić pan, choć zawsze byłem dla niego tatą. Chciałbym, żeby on też został ze mną. Jest bardzo związany z rodzeństwem. Ja zawsze traktowałem go jak swojego syna.

Mówi, że ostatnio jego partnerka pracowała w cukierni, pakowała ciastka. Myśli, że poszła do tej pracy, by wyrwać się z domu. Zaczęła też w sobotę i niedzielę chodzić do szkoły.

Nie trwało to długo, z półtora miesiąca. Potem się okazało, że po szkole szła zawsze z koleżankami na piwo

- dodaje Wojciech Kabza.

Wojciech Kabza jest wzruszony pomocą, która do niego napływa. Z Polski i zagranicy. Chciałby wszystkim podziękować.

- Ludzie deklarują najczęściej od 500 złotych do dwóch tysięcy złotych - mówi Marcin Wawrzyńczak, wiceprezes Stowarzyszenia Bratnia Pomoc w Łodzi, który w obronie Wojciecha Kabzy i jego rodziny zorganizował pikietę pod jego domem. - Ponadto jedna osoba zapewniła, że jeśli pan Wojciech otrzyma nowe mieszkanie, to ona jest gotowa zapłacić z góry roczny czynsz.

Gdy Wojtek odbiera Antosia z przedszkola, ten biegnie do taty z radością i rzuca się mu na szyję.

Tak się o ciebie martwiłem tatusiu

- mówi chłopczyk.

Ale czasem, zwłaszcza wieczorem, Antoś pyta, gdzie jest mama.

- Poszła do pracy... - sam sobie odpowiada.

Anna Gronczewska, Wiesław Pierzchała

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ekstramagazyn.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.