Jak imprezowały elity II RP, czyli mapa modnych miejsc Polski

Czytaj dalej
Fot. narodowe archiwum cyfrowe
Mariusz Grabowski

Jak imprezowały elity II RP, czyli mapa modnych miejsc Polski

Mariusz Grabowski

Flaki z cegłą u Grubego Joska, śledzik z szykanami na Brzeskiej? Nierzadko smakowały lepiej niż wykwint u Simona i Steckiego. #Jak się bawić, to na całego - uważała przedwojenna socjeta

Wystawny obiad w Oazie, Gastronomii, Złotej Kaczce lub U Wróbla, wieczorem tańce w Adrii, a co potem? Potem gastronomiczno-alkoholowy szlak często wiódł rozdokazywane towarzystwo w mroczniejsze strony stolicy - na żydowski Muranów albo na Pragę. Co bardziej zabawowi wyruszali zaś w Polskę.

Na podstawie dzienników i wspomnień przedwojennych statystów można z powodzeniem rozrysować orientacyjny plan miejsc, w których trzeba było bywać, nie tracąc przy tym reputacji. Widok wydekoltowanych dam i galowych mundurów w szemranych knajpach Radomia czy w szynkach Lublina wcale nie należał do rzadkości. Przeciwnie, należał do stałych elementów karnawału dwudziestolecia.

Podobnie jak poranki w ogródku Nadświdrzańskiej na rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, gdzie przy szklance kojącego kefiru lub maślanki syte wrażeń towarzystwo dzieliło się przygodami.

Pejsachówka na Muranowie

„Jedziemy do Joska” - taki okrzyk miał wydać w sierpniową noc 1931 r. legendarny ułan Bolesław Wieniawa-Długoszowski, gdy znudziły mu się intelektualne pogaduszki w Ziemiańskiej. Towarzystwo podchwyciło pomysł i sznur taksówek ruszył na przedwojenną Rynkową 7, gdzie funkcjonowała legendarna knajpa. Co ciekawe, zarejestrowana przez właściciela Joska Ładowskiego jako herbaciarnia.

Miejsce słynęło z legendarnych pikantnych flaków posypanych papryką, czyli tzw. cegłą, wódki pitej w tzw. mikadkach, szemranego klimatu i akordeonisty, który wygrywał żydowskie przeboje. Krążąca w towarzystwie sensacyjna plotka głosiła, że Ładowski, członek PPS jeszcze w czasach rewolucji 1905 r., był po imieniu z większością tuzów sanacji. Gdy zmarł w roku 1932, jego nekrolog pojawił się w większości warszawskich dzienników. „Ilustrowany Kurier Codzienny” pisał: „W czasie wypadków rewolucyjnych 1905-1906 r. »Gruby Josek« oddawał usługi bojowcom. Zasługi te nie zostały mu zapomniane i przez pamięć o nich policja miała często dla niego różne względy. Knajpa »Grubego Joska« odwiedzana była często, zwłaszcza w karnawale, przez tzw. osoby z towarzystwa, które po zabawie w wytwornych lokalach szukały silniejszych wrażeń w podejrzanej spelunce. Szczególną sympatją »Gruby Josek« otaczał artystów, dziennikarzy i literatów, których chętnie widział w swoim zakładzie”.

W połowie lat 30. na Rynkową pielgrzymowało dla przeżycia dreszczyku emocji pół ówczesnej Warszawki. W1935 r. powstał nawet przebój „Bal na Gnojnej” śpiewany przez Adama Astona (muzykę skomponowała słynna Fanny Gordon, czyli Fajga Jofe), a następca Ładowskiego rozbudował knajpę o salę przeznaczoną specjalnie dla lepszego towarzystwa. Urozmaicono też menu o gęsinę na złoto, a za dodatkową opłatą można było zamówić sobie udawany pojedynek na pięści żydowskiego tragarza z Kercelaka z polskim robociarzem.

Można powiedzieć, że knajpy z terenu getta weszły na stałe do gastronomiczno-alkoholowego repertuaru rozbawionych elit. Niedaleko, w pasażu Simona, w najlepsze funkcjonowała restauracja Herszfinkla (specjalność pejsachówka i gęsie skwarki z Poldrobu braci Gothfelów z Targówka). Na rogu Dzikiej i Okopowej działał zaś bar u Glajszmitki, gdzie stołowali się robotnicy z pobliskich garbarni.

Złośliwa plotka rozpuszczana po Warszawie przez endeków mówiła, że po śmierci Piłsudskiego widziano wychodzącego stąd nad ranem pułkownika Aleksandra Prystora w otoczeniu mundurowej świty. Wierni swemu wodzowi opijali tragedię w żydowskim szynku. A gdyby komuś było mało - w okolicach schroniska dla bezdomnych na Stawkach funkcjonował bezimienny bar, popularnie zwany cyrkiem. Tam zapuszczali się najodważniejsi, bo wizyta nierzadko kończyła się mordobiciem i wzywaniem posterunkowego. Zresztą przemoc stanowiła nieodłączny element wypraw na Muranów, działający szczególnie wabiąco na damy.

W1932 r. „Nowiny Codzienne” donosiły sensacyjnie: „Pijany dr Łokietek zmasakrował sześć osób w knajpie »U Grubego Joska«”. Dalej w tekście stało: „Znany na bruku warszawskim terrorysta spod znaku Frakcji Rewolucyjnej PPS, dr Łokietek, wywołał wczoraj o świcie krwawą awanturę w restauracji »U Joska« przy ul. Rynkowej 7. Około godz. 4 rano Łokietek, w towarzystwie swego przybocznego adjutanta »Prześcieradła« - Leona Przebierały, oraz pięciu osób przybył do restauracji pijany. Z trudnością trzymał się na nogach i bełkotał bez sensu. Około godz. 5 zaczęli schodzić się tragarze na szklankę gorącej herbaty. Łokietek, zobaczywszy konfratrów, chociaż z haraczu ściąganego z nich żyje i pije, wywołał awanturę. Wydobywszy rewolwer, chciał strzelać”.

Dodajmy na koniec, że Józef Łokietek, dawniej bojowiec, a w okresie II RP komendant Milicji PPS, przyjaciel Walerego Sławka, we wrześniu 1939 r. jako komendant Związku Strzeleckiego brał udział w obronie Warszawy. Zmarł w tajemniczych okolicznościach w 1941 r.

Na wódkę na Brzeską

Mody na Pragę nie wymyślili wcale dzisiejsi hipsterzy lubujący się w brataniu z praskim lumpenproletariatem. Przed wojną wyprawy na Brzeską i w okolice były nie tylko w dobrym tonie - miały świadczyć też o braku przesądów klasowych reprezentantów sanacji. Ale był też inny powód - wielu z ówczesnych luminarzy chlubiło się kontaktami z nieformalnym królem praskiej gastronomii Manasem Rybą, przedsiębiorcą jeszcze z czasów zaborów (dyrektorował m.in. Towarzystwu Dróg Podjazdowych w Królestwie Polskim). To Ryba był cichym właścicielem większości knajp i restauracji na Pradze, szczególnie tych najbardziej popularnych, w okolicach bazaru i na Pelcowiźnie. Zresztą słynnych knajp po praskiej stronie miasta nie brakowało. Na rogu Brukowej i Targowej funkcjonowała Sportowa (specjalność: duszone cynaderki), na 11 Listopada, vis-a-vis koszar 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej, istniał szynk Woźniaka (marynowane śledzie), z kolei na Brzeskiej u Bednarskiego smakosze zajadli się tatarem. Przy tej ostatniej knajpie warto się na chwilę zatrzymać.

W połowie lat 30. widok luksusowych limuzyn przy Brzeskiej 31 nie był niczym nadzwyczajnym. Podobnie jak obrazki bratających się przy obstawionych alkoholem stolikach VIP-ów i podejrzanie wyglądających facetów w kraciastych cyklistówkach. Do słynnej knajpy na Brzeską, gdzie spotkać można „prawdziwych proletariuszy”, z upodobaniem pielgrzymowali też literaci.
Nie kto inny jak Gałczyński przekonywał, że tylko tutaj można poczuć smak prawdziwego życia, a Broniewski, po wyjściu z aresztu za komunizowanie w „Miesięczniku Literackim”, urządził w knajpie Bednarskiego prawdziwy alkoholowy maraton. Są i tacy, którzy dowodzą, ze właśnie w wódczanych oparach knajpy powstał zamysł „Rozmowy z Janem”, poetyckie wspomnienie pobytu w celi z tow. Janem Hemplem. Tu dygresja: Po wojnie upodobanie do Brzeskiej przejęła szybko nowa elita władzy. W knajpie przejętej przez Wincentego Andruszkiewicza i przemianowanej na Schron u Marynarza (wedle legendy Andruszkiewicz służył w 1939 r. na stawiaczu min „Gryf”) często bywał Józef Cyrankiewicz, nawet wtedy, gdy był już premierem.

Ponoć chwalił sobie szczególnie serwowane tam flaki, przyrządzane na sposób „sanacyjny”. Jednak prawdziwe emocje towarzyszyły tym, którzy wypuszczali się w nieznane szerszej publice zakazane klimaty Pragi. Wspomniany na początku Wieniawa zyskał dodatkowego blasku do swej mołojeckiej sławy, gdy w 1937 r., w ramach opijania awansu na dowódcę Dywizji Kawalerii w Warszawie i jednoczesnego objęcia funkcji tzw. generała inspekcjonującego, urządził zajazd na knajpę Krańcowa na Targówku, tuż przy bramie cmentarza Bródnowskiego. Jak opowiadał w jednej z gawęd zmarły w 2001 r. varsavianista Jerzy Kasprzycki, musiał to być naprawdę imponujący widok, gdy pan generał w pełnym szamerunku i przy orderach ogłaszał towarzyszącym mu oficerom wzięcie szturmem przybytku zwanego przez miejscowych Barem pod Trupkiem. Ofiarny bój przy szynkwasie trwał przez całą noc, a skończył się dopiero przybyciem zza Wisły posiłków w postaci dam i adiutantów. Co ciekawe, Krańcowa przeżyła swojego pogromcę. Przetrwała aż do 1967 r., kiedy władze odebrały jej właścicielowi koncesję na alkohol.

Jedziemy do Berensa!

„Jak zwykle pomysł na wypad pozaWarszawę urodził się przy strzemiennym” - wspomina w „Dziennikach” Jarosław Iwaszkiewicz, pomysłodawca wielu podobnych ekspedycji. Towarzystwo w pośpiechu zamawiało taksówki, dzwoniono po szoferów, targowano się, kto z kim jedzie, ustalano trasę. Można zresztą powiedzieć, że od lat 30. nic się w tej materii nie zmieniło. Z tzw. bliskich okolic największą popularnością cieszył się przed wojną Konstancin, a szczególnie działające w tamtejszym parku zdrojowym Casino Franciszka Berentowicza.

Lokal słynął z kurcząt po polsku (obrotny restaurator sprowadzał je aż z podlaskich Łap), raków i imponującej baterii alkoholi, podobno największej w Polsce. Przybyłym z Warszawy przygrywała nocą orkiestra Jana Zielińskiego. Alkohol i zdrojowe wody szybko uderzały do głów. Dowodem Stanisław Cat-Mackiewicz, któremu przy okazji zabawy u Berentowicza przyszła do głowy myśl pojedynkowania się z nielubianym Stanisławem Carem, współtwórcą konstytucji kwietniowej. Szczęśliwie pojedynek się nie odbył, bo Mackiewicz wziął za Cara jednego z Bogu ducha winnych gości. Obraźliwe epitety i szarpanie za klapy surduta szybko puszczono w niepamięć.

Podobną popularnością co Konstancin cieszył się w połowie lat 30. Otwock i tamtejsze imponujące architekturą kasyno, zaprojektowane przez Leszka Horodeckiego i oddane do użytku w 1934 r. Oprócz wyśmienitej kuchni kasyno oferowało: kino, salę teatralną, salon gier hazardowych, parkiet do tańca, a tym, którzy przedobrzyli w przyjemnościach, pokoje gościnne. Osobliwą atrakcją zabaw w Otwocku był Urke Nachalnik, legenda półświatka, a zarazem literatury, osiadły w Otwocku w 1932 r.
Nieraz widziano go przy bankietowym stole w przyjacielskich uściskach z rozbawioną, podchmieloną i szukającą ekscytacji warszawską socjetą.

Swoich orędowników miały wyprawy do Pułtuska - do szacownej restauracji u Józefa przy ul. 3 Maja, słynącej z organizowanych corocznie bali sylwestrowych - do Radomia - który wabił smakoszy restauracją Pod Mosiężnym Rakiem (Żeromskiego 51), chlubiącą się składem win Stanisława Wierzbickiego funkcjonującym nieprzerwanie od XIX w. (to tu Wojciech Kossak zostawił w księdze pamiątkowej wpis: „Mistrzowi rondla - mistrz pędzla”) - i do Garwolina, gdzie gości z Warszawy podejmowano w kasynie 1. Pułku Strzelców Konnych. Notowania Garwolina na giełdzie gastronomiczno-alkoholowej atrakcyjności wzrastały po każdorazowej wizycie marszałka Piłsudskiego, który co prawda dużo nie pił, ale dobrą kuchnię docenić potrafił. Przynajmniej w czasach, gdy nie dopadły go jeszcze kłopoty gastryczne.

Na pierwszym miejscu do weekendowego wyskoku znajdował się jednak zawsze Kazimierz nad Wisłą, mekka malarzy i amatorów plenerów. Oddalony o dwie godziny jazdy od Warszawy Kazimierz przyciągał Hotelem Edwarda Berensa, zbudowanym w 1880 r. u podnóża tamtejszej fary. Jak pisał w „Dookoła Świata” w 1985 r. Robert Jarocki, do Berensa „przejeżdżali ludzie z kręgu Ziemiańskiej, Tuwim, Lechoń, Słonimski, Wieniawa-Długoszowski. Przyjeżdżali Wincenty Rzymowski, generał Sławoj-Składkowski. Przyjechała Hanka Ordonówna, amant filmowy Mieczysław Cybulski i artyści tej miary co Jaracz, Schiller, Leszczyński, Zelwerowicz. Niektórzy zbierali się prywatnie w co wytworniejszych willach, ale brać artystyczna wierna była znakomitej kuchni Berensa”.

W Berensie nie tylko pito i jedzono, ale też romansowano. Prym wodzili aktorzy: Bodo i Żabczyński, ale i pomniejsze sławy. Znów sięgnijmy do tekstu Jarockiego: „W roku bodajże 1937 niemałą sensację wzbudzała czekoladowa aktorka filmowa, ubrana zwykle w czerwoną piżamę. Aktorka ta występowała w polskim filmie, kręconym na Haiti, nazywała się Reri-Bodo, a film »Czarna perła«. Eugeniusz Bodo występował w roli głównej jako polski marynarz, który obronił przed napaścią łobuzów piękną Haitankę, zakochali się i romansowali”.

Przeskoczmy w czasie: w 1998 r. słynny hotel i restaurację zrównał w ziemią restaurator Adam Gessler, obiecując odbudować ją w przedwojennym kształcie. Do dziś kazimierski rynek straszy turystów wielką dziurą w ziemi.

Wzmożenie patriotyczne

Dłuższe wyjazdy planowano zgodnie z typowymi warszawskimi upodobaniami: w Zakopanem, a od czasu powstania Gdyni nad polskim morzem. Stolica Tatr proponowała garnitur słynnych knajp, hoteli, restauracji, a najpopularniejsze: U Trzaski, Watra, Morskie Oko czy U Karpia, nigdy nie narzekały na wakaty. Ale z czasem zaczęły mieć konkurencję. Tuż przed wojną niebywałym wręcz powodzeniem cieszyła się Oberża pod Towarzyszem Pancernym, otwarta przy przejściu granicznym na Łysej Polanie. Kto nie zaliczył pobytu w nowym miejscu, niemal wypadał z towarzystwa. Była tak słynna jak ukończony w 1937 r. przejazd kolejką na Gubałówkę.

Oto fragment wspomnień malarza Rafała Malczewskiego, dobrze oddający klimat zabaw warszawskich elit: „W domku Gucia na Skibówkach (rzeźbiarz August Zamoyski) spotykał się tak zwany świat artystyczny - Karol Szymanowski, malarz Gilewski, Karol Stryjeński, Jaś Pawlikowski, Witkacy itd. Witkiewicz uprawiał wówczas system pojawiania się z wybraną parą ludzi, nieznaną gospodarzom. Tym razem przybył z Madame Flakonik i Bobim, jej lubusiem.

Nikt nie znał ich prawdziwego nazwiska. Nie wypada pisać, co się działo potem w tym domu. Wiadomo tylko, że Bobi użarł w policzek Stryjeńskiego, że Gilewski i gościnny gospodarz wylali na spółkę Bobiego na śnieg, że nikt nie mógł utulić płaczu Flakonikowej. Działo się to nad ranem, mroźną nocą. Mimo to Bobi zaczaił się w zaśnieżonym rowie i gdy kawalkada gości wracała o świcie, do down town Zakopanego, wypadł z lagą z przekopy i lunął przez plecy siedzącą w sankach Stanisławę Szymanowską, śpiewaczkę i siostrę Karola. Na drugi dzień ten i ów zerkał na Boziewicza. Nie było jednak żadnego pojedynku. Tylko tyle, że Bobi zniknął z Zakopanego, a Madame Flakonik poczęła »chodzić« z kimś innym”. Komu nie w smak było rozpite po młodopolsku Zakopane, mógł szukać uciechy w Lublinie, mieście, które na przełomie lat 20. i 30. aspirowało do miana turystycznej stolicy Polski. Rzut oka do ówczesnych lubelskich bedekerów przekonuje, że amatorzy jadła i napitku mieli w czym wybierać.

Na ul. Narutowicza kusiła cukiernia Domańskiego, o której mówiono, że gości najpiękniejsze damy z całego miasta, niedaleko, przy Krakowskim Przedmieściu, od 1900 r. podwoje otwierał Rutkowski, zaraz obok Semadeni i Europa, w której spotkać można było przedstawicieli ziemiaństwa i palestry. Dalej: Pod Strzechą (słynęła z palm i basenu), Alhambra (elegancja w stylu francuskim), Radzymiński (dobra kuchnia i suto zaopatrzona piwniczka), Frascatti (występy wokalne) i Ziemiańska (daleka kuzynka słynnej warszawskiej imienniczki).Wielkim powodzeniem wśród towarzystwa przybywającego na gościnne występy ze stolicy cieszyła się też knajpa przy ul. Kościuszki 7 zwana dość tajemniczo Pod Czternastoma Cyckami. Jej specjalnością był sznycel podawany „po męsku”, czyli z dwoma jajami sadzonymi. Ponoć cieszył się niesłabnącym powodzeniem zgłodniałych pań.

Do dobrego tonu należały letnie pobyty w Gdyni, a zwłaszcza patriotyczne okupowanie jej knajp i restauracji. Jedna z pierwszych została założona na początku lat 20. przez Augusta Skwiercza przy ulicy Starowiejskiej 1. Także przy ulicy Starowiejskiej, ale pod numerem 31, Franciszek Grzegorzewski otworzył w 1928 r. Hotel Staro-Gdyński. Po kilku latach karczma przeszła generalny remont, po którym zyskała wnętrze w stylu kaszubskim i nazwę Dwór Kaszubski. Miejsce było reklamowane stosownie do klienteli, jako „Restauracja-Bar a la Warszawa - śniadania, obiady, kolacje, dania barowe, wyborne wina, likiery, wódki i piwa”.

Wśród gdyńskich przybytków gastronomicznych tamtego okresu na uwagę zasługuje mieszcząca się w podwórzu Hotelu Centralnego restauracja Picadilly - jedyna w Gdyni lat 30. restauracja koszerna. Odwiedzali ją głównie miłośnicy „gęsich pypków”, „cyces” oraz szczupaka po żydowsku. Do legendy lokalu przeszła jedna z gospodarskich wizyt premiera Sławoja-Składkowskiego, wielce zdziwionego, że kelner nie chce mu podać zrazów. Dopiero towarzyszący mu urzędnicy wyjaśnili nieporozumienie. Premier uniósł się honorem i spałaszował cały talerz czulentu. Gęsto popijając pejsachówką, której - jak się okazało - był wielkim amatorem.

Mariusz Grabowski

Mariusz Grabowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ekstramagazyn.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.