Jacek Pałkiewicz rusza w podróż swojego życia

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta
Katarzyna Janiszewska

Jacek Pałkiewicz rusza w podróż swojego życia

Katarzyna Janiszewska

Całe życie ciągnęło go do nieodkrytych zakątków, dzikich plemion. Wymyślił survival, trenował komandosów. Niedawno znów zaskoczył. Odwiedził Dubaj, emirat, który jest synonimem luksusu.

Katarzyna Janiszewska: Po blisko 45 latach podróżowania trudno się zatrzymać?

Jacek Pałkiewicz: Podróżuje się, by poznawać świat, zaspokajać ciekawość. U mnie głód podróży pojawił się we wczesnym dzieciństwie. Wychowałem się na literaturze podróżniczej. Czytała mi ją mama, gdy jeszcze sam nie potrafiłem czytać. Podróżowanie stało się narkotykiem, co gorsza tę dawkę narkotyku trzeba zwiększać.

Ale głód świata można zaspokoić podróżując mniej niebezpiecznie i bardziej komfortowo, niż na wielbłądzie, czy indiańskim czółnem.

Można również wirtualnie, siedząc w fotelu przed telewizorem, popijając wino. Ale ja zawsze marzyłem o podróżach prawdziwych. Chciałem dotrzeć do miejsc, gdzie niewiele osób było przede mną. Filozofia podróżowania z dala od przetartych szlaków, poznawania odległych regionów, nieznanych plemion, wyklucza wygody i komfort.

A jednak ostatnio odwiedził Pan Dubaj. Już nie na jaku, ale samolotem w business klasie, zamieszkał Pan w luksusowym hotelu...

Zorientowałem się, że moja metryka zrobiła się stara. Podróżowanie w dawnym stylu odłożyłem do lamusa. Ale, żeby moi fani krzywo na mnie nie patrzyli, chcę się wytłumaczyć, że zrobiłem to również dla żony. Jesteśmy ze sobą od blisko 40 lat, a nigdy nie mieliśmy prawdziwych wakacji. Wyjeżdżaliśmy na parę dni, do miejsc w moich oczach banalnych: Paryż, Istambuł, Buenos Aires, Malaga. Żona jest malarką i historyczką sztuki, odwiedzała muzea, galerie. Mnie to nie interesowało. Spotykaliśmy się dopiero wieczorem, na kolacji. Sumienie mnie ruszyło, że trochę ją zaniedbywałem i chciałem to nadrobić.

Pan, odkrywca dzikich plemion, dobrze się czuł w tych luksusach? Nie brakowało spania na twardej posadzce?

Spania w śpiworze czy w namiocie mi nie brakowało. Ale w przeciwieństwie do innych osób ja nie mam problemu z zamianą pięciogwiazdkowego hotelu na namiot. A żona była zachwycona. Ten luksus, bogactwo, wakacje w stylu baśni „Tysiąca i jednej nocy” na kobiecie robią wielkie wrażenie. Dubaj z jednej strony imponuje rozmachem, ocieka złotem, kusi piękną pogodą. Ale ten zbytek jest na pokaz. To turystyczny koszmar. Księga rekordów Guinnessa jest „konstytucją” Emiratów. Tutaj wszystko musi być największe, najwspanialsze. Ale brakuje atmosfery.

Zawsze ciągnęło Pana w dzikie nieodkryte, zakątki. Co Pan tam znajduje?

Moim celem i zadaniem jako dziennikarza było dzielenie się tym, co widzę. Mam satysfakcję, że pokazałem plemiona, których parę lat później już niestety nie było. Została tylko „cepelia” na użytek turystów. Pamiętam spotkanie z połowy lat 70., w górnym Orinoko, w Wenezueli. Dotarliśmy do plemienia Yanomami. Mówiono, że to najbardziej agresywne plemię Ameryki Południowej. Byliśmy pierwszymi białymi ludźmi, jakich zobaczyli.

I jak zareagowali?

Było sporo napięcia i niepewności. Mężczyźni stali z łukami gotowymi do strzału, kobiety były pochowane. Podnieśliśmy ręce w geście pokoju, tłumacz powtarzał, że jesteśmy przyjaciółmi. Pozwolili nam zbliżyć się do siebie, zaczęli dotykać naszej białej skóry. Potem, powoli wyłoniły się kobiety, dzieci. Jak już zacząłem rozdawać prezenty, zrobiło się luźniej. Od zawsze w dalekie podróże zabieram ze sobą worek podarków. Żeby się wkupić, zakolegować, zapewnić sobie bezpieczeństwo, lepszy kontakt z tubylcami. To rzeczy praktyczne: maczety, noże, przyrządy do łowienia ryb, garnki, sól, lekarstwa na malarię.

Która z wypraw była dla Pana najważniejsza?

Samotny rejs szalupą ratunkową przez Atlantyk, w roli dobrowolnego rozbitka. To wizytówka moich eksploracji, wypraw, całego życia. Na małej, 5,5 metrowej łodzi ratunkowej chciałem udowodnić, że jeśli rozbitek się nie podda, będzie walczył, to szalupa może uratować mu życie.

Skąd przyszło Panu do głowy, żeby tak ryzykować?

To była połowa lat 70., seria samotnych podróży dookoła świata. Podróżnicy mieli wsparcie rządowe, jachty dostawali od państwa. Ja nie miałem sponsora, nie miałem nazwiska. Żeglarstwem interesowałem od dziecka. Dwa lata pływałem jako drugi oficer pokładowy. A ponieważ jestem mistrzem świata w optymizmie uważałem, że dobrze znam morze. Ale żywioł, to żywioł. Podczas sztormu przez trzy dni musiałem walczyć o życie, wylewając wodę z łodzi. Byłem na granicy załamania. Modliłem się o pomoc. Wiara, że tam na górze ktoś jest bardzo wzmacnia człowieka. Po tym sztormie pomyślałem, że jak spotkam statek, poddam się, bez sensu taka męka, niepewność. No i... jest statek, który chce mnie ratować. Zrobiłem kalkulację: jeśli się poddam, mam zapewnioną ciepłą koję, gorący posiłek i stuprocentową pewność, że wrócę do domu. Druga myśl: jak wtedy spojrzę na swoją twarz w lustrze? I decyzja, że płynę dalej. To było największe zwycięstwo w moim życiu.

Ile razy śmierć zaglądała Panu w oczy?

Sporo. Najbardziej szokujące z nią spotkanie było w połowie lat 70. Zamach stanu w Nigrze. Czołgi, strzelanina, trupy na ulicach. A ja robiłem zdjęcia z ukrycia. Dwóch żołnierzy doskoczyło do mnie z tyłu. Przyłożyli karabiny do głowy, już prawie strzelali... Na Atlantyku przez trzy dni mogłem się modlić, robić rachunki sumienia. A tutaj to były ułamki sekund, pustka w głowie, człowiek nie myśli o niczym. I nagle tuż obok zatrzymuje się z piskiem opon samochód. Wysiada oficer, podchodzi z uśmiechem do mnie. To był facet, któremu poprzedniego dnia, w moim hotelu w barze stawiałem drinki. A teraz mnie uratował.

To się nazywa szczęście.

No, odrobinę. Nieraz tak mówią: to się udało Pałkiewiczowi. Nie cierpię zdania „udało się”. Nie czekam, żeby coś mi się udało, na sukces trzeba zapracować. Ale jakiś łut szczęścia jest potrzebny w życiu.

Odwiedzał Pan kanibali. Nie bał się Pan?
Wyspa Borneo i Dajakowie. Krążyła o nich fama, że to łowcy głów. Półtorej roku przygotowywałem wyprawę, dwa razy jeździłem do Dżakarty, żeby się spotkać z antropologami. Ale nikt nie potrafił powiedzieć, czy Dajakowie swój zwyczaj praktykują, czy nadal są groźni. Pierwsze spotkanie w głębi wyspy, daleko od świata - to były nerwy. A jak zobaczyłem kosz wiklinowy, pełen czaszek, zrobiło się trochę strasznie. Ale okazało się, że zagrożenia już nie ma, czaszki były stare. Nawet w tak odległe miejsce dotarła świadomość, że są struktury państwowe, że istnieje policja. Ci ludzie już słyszeli, że jak ktoś kogoś zabił w sąsiednim plemieniu, to go zabrali i uwięzili.

Jest Pan pionierem survivalu. Jak się uczy przetrwania?

Wiedza na ten temat to podstawa. Ktoś przeczyta książkę, obejrzy film i kiedy się znajdzie w trudnej sytuacji daleko do domu, przypomni sobie jak należy się zachować. Ale najważniejsze jest doświadczenie. Trzeba danej sytuacji doświadczyć na sobie.

No właśnie. A przecież na szkoleniach nie wywołuje Pan powodzi ani pożarów?

W szkole przetrwania, którą prowadziłem we Włoszech były lekcje teoretyczne. Ale pożar też był, akcja ewakuacyjna. Albo samochód wjeżdżał do jeziora i trzeba było z niego wyjść. Należało odczekać do ostatniej chwili, jak już się wypełni wodą i dopiero otworzyć drzwi. Każdy był rozdygotany, w strachu. Ale później robił się silniejszy. Mówił: słuchaj, ja teraz to się czuję Rambo! Dostałem kilka listów, że ktoś dzięki tym lekcjom uratował siebie, swoich bliskich.

Szkolił Pan antyterrorystów, twardzieli. Nie było problemu, by zyskać respekt, uznanie?

To są elity elit, kozacy. U siebie w domu, w swoim kraju, wszyscy są doskonali. Ale jak taki fachowiec trafia pierwszy raz na pustynię, do dżungli albo do strefy polarnej, nie wie, jak się zachować, wyjść z opresji. Jak sobie poradzić z klimatem, regionem. I nie dość, że sam ma przetrwać, to jeszcze ma misję do spełnienia: uratować życie zakładnikom. Wtedy automatycznie stawałem się autorytetem. Mieli przed sobą instruktora, który pokazuje im jak utrzymać się przy życiu.

Szkoli Pan też kadry menadżerskie. Korporacja to dżungla?

Oczywiście. Coraz częściej dostaję zaproszenia na takie szkolenia. Temat przełamywania barier, przekraczania własnych ograniczeń zrobił się modny. Tu jest podobnie jak z jednostkami specjalnymi. Menadżerowie zwykle młodzi, ambitni, po studiach, zagranicznych stażach, są dobrzy u siebie w biurze. W środowisku im nieznanym tracą pewność siebie. W trudnych sytuacjach maska spada i okazuje się co jest w środku.

Podróżowanie jest dziś o wiele prostsze, zmniejszyły się odległości. Ta globalizacja się Panu podoba?

Ona spłaszczyła świat. Zrobiła się globalna cepelia, wszystko jest jednakowe. Mam satysfakcję, że w ostatniej chwili, rzutem na taśmę, udało mi się zobaczyć plemiona, jakich już nie ma. Nawet u tych najbardziej prymitywnych, żyjących w głębokim buszu nie zobaczymy dziś nagich kobiet, będą za to jeansy, t-shirty, nawet radio tranzystorowe. Globalizacja wyrywa korzenie tradycji, religii. Na naszych oczach, w ciągu jednego pokolenia, następuje unifikacja świata. Jeśli ktoś jedzie z biurem podróży, za rękę pokazują mu wizytówki regionu. Ale nie pozna naprawdę kraju, ludzi, tego, jak żyją.

Jest jeszcze coś, co warto odkryć?

Dla mnie osobiście - nie. Ale na pewno na świecie jest wiele takich miejsc. Jeśli miałbym coś doradzić młodym podróżnikom, to żeby nie jechali na pierwszy wyjazd na Bora-Bora. Polinezja to raj na ziemi. A miejsca niezwykłe, fascynujące, najpiękniejsze warto zostawić sobie na deser. Jak człowiek je zobaczy, inne rzeczy nie zrobią już na nim wrażenia. Trzeba stopniować apetyt podróżniczy, nie wybierać się w Himalaje bez doświadczenia. Ale podstawową sprawą - gdziekolwiek by się nie jechało - jest planowanie, przemyślenie podróży.

Nad czym Pan teraz pracuje?

Poświeciłem rok na zorganizowanie wyprawy Nowy Jedwabny Szlak 2017. To nawiązanie do chińskiej inicjatywny: „Jeden Pas, Jedna Droga”. Polega na zorganizowaniu szlaków transportowo-handlowych z Chin do Europy. Zapewnia to duże wpływy biznesowe dla Polski, popchnięcie do przodu gospodarki. Chińczycy wkładają w to miliardy. Włączają się kraje po drodze, w tym Polska. Głównym celem mojej wyprawy jest budowa polskiej marki, promowanie naszego kraju jako bramy do Europy. Program ma rządowe wsparcie, prowadzę rozmowy w wielu krajach. Za tydzień jadę do Uzbekistanu. Zainteresowanie jest bardzo duże. Mogę śmiało powiedzieć, że to będzie podróż mojego życia.

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ekstramagazyn.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.